Księża Niezłomni

 

.

 

o. prof. Janusz Zbudniewek ZP

 

Więziony za obronę dzieci poczętych - Ojciec Krzysztof Kotnis (1919-1997)

 

W dniu 29 kwietnia bieżącego roku przypadła dziesiąta rocznica śmierci niezwykłego apostoła broniącego godności katolickich małżeństw i prawa do życia dzieci, uśmiercanych przez aborcję. Jego apostolstwo wypada zestawić z niezwykłymi idealistami, którzy wierząc w słuszność ewangelicznej nauki, bronili jej osobistym zaangażowaniem, wbrew zmasowanej propagandzie polityków i usłużnych pisarzy, którzy ulegli marksistowskiej ideologii, wiodącej do wypaczenia etycznych zasad i gwałcenia prawa Bożego. Ojciec Krzysztof Kotnis, paulin, należał do tych wyjątkowych idealistów, którzy nie dali się sprowadzić na drogę antybożego światopoglądu w kwestiach etycznych i przekreślenia prawdy o godności osoby ludzkiej od jej poczęcia do naturalnej śmierci.

Ojciec Krzysztof Kotnis (1919-1997). Fot. Arch. Opublikowano w 'Naszym Dzienniku', w numerze 116 (2829) z dnia 19-20 maja 2007 r.

Przez blisko 40 lat obserwowałem jego determinację w walce o poszanowanie elementarnych wartości płynących z godności człowieka. Podziwiałem jego płomienne kazania wynikające z przestróg fatimskich. Niepokoił się postępującą demoralizacją i wyludnianiem się Europy, tragicznym w skutkach dzieciobójstwem i perwersyjnymi związkami tej samej płci. Był zdecydowanym opozycjonistą narzuconej ustawy aborcyjnej, którą w roku 1956 narzucił Sejm PRL, i której przeciwstawiał się w cichej pracy jasnogórskiego spowiednika, stołecznego i krakowskiego kaznodziei, a także wiejskiego i miastowego rekolekcjonisty - wszędzie w roli bezkompromisowego pogromcy bezbożnego bezprawia i wciskającego się nihilizmu etycznego.


   Droga życia i powołania

   Ojciec Krzysztof Kotnis, z chrztu Józef, urodził się 30 października 1919 r. we wsi Chlina koło Żarnowca w powiecie olkuskim. Był drugim dzieckiem spośród siedmiorga rodzeństwa, które z mozołem zdobywało wykształcenie lub zawód i podejmowało doraźne prace w ówczesnych biednych warunkach na pograniczu Galicji i Kongresówki. Do szkoły podstawowej uczęszczał w Żarnowcu, odległym od Chliny o 5 km, do której chodził codziennie pieszo w deszcze i śnieżyce, nie zawsze dobrze odziany i rzadko też syty. Jako 9-letni chłopiec przeżył tragedię rodzinną, gdy w święto Piotra i Pawła, Apostołów, w 1928 roku wybuchł we wsi pożar. Spłonęło 13 gospodarstw, w tym dom rodziny Kotnisów z pełnym wyposażeniem gospodarczym. Widział łzy rodziców i sąsiadów, którzy jednak nie załamali się i z całą determinacją podjęli trud odbudowy swojego dobytku. Obserwując ich bezsilność i jednocześnie wiarę wyjścia z kryzysu, podjął z młodzieńczą odwagą służbę tym ludziom, którym los przyniósł przeróżne cierpienia i zepchnął ich na dno poniżenia. Tragedia pogorzelców przekonała go, że chrześcijańska solidarność i silna więź rodzinna potrafią dokonać prawdziwych cudów, by pomóc bliźnim w trudnej sytuacji i obudzić nadzieję do nowego życia. Najbliższym mu ideałem była rodzina i kochające się rodzeństwo, zdolne podejmować ciężar doświadczeń na swoje barki, byle wnosić radość i nadzieję uzyskania oczekiwanych sukcesów. Wyniesiony z domu model chrześcijańskiej rodziny, pogłębiany w ciągu całego życia fachową literaturą, przedkładał w wieku dojrzałym całemu społeczeństwu polskiemu w dostępnych sobie formach działalności duszpasterskiej. Nie ukrywał, że w życiu codziennym spotykał się z ambitnymi hasłami, szermującymi zasadą pomocniczości względem rodziny, ale analizując je dostrzegał w nich wiele zafałszowanego kupczenia obietnicami i zwykłą propagandą, obliczoną na ludzką naiwność niż wolę pomocy rodzinom żyjącym w trudnych warunkach.
Ojciec Krzysztof Kotnis (1919-1997). Fot. Arch. Opublikowano w 'Naszym Dzienniku', w numerze 116 (2829) z dnia 19-20 maja 2007 r.    Ojciec Krzysztof Kotnis wyniósł z rodzinnego domu oprócz wrażliwości wobec ludzkiej biedy - niezwykłą prostolinijność charakteru, umiłowanie pracy, wolę niesienia ludziom wsparcia duchowego i jakby permanentną chęć wyrywania ich z traumatycznych opresji. Te wszystkie okoliczności sprawiły, że rodzice młodego Krzysztofa, doceniając jego wrażliwą naturę i chęć do nauki, skierowali go w roku 1934 do Gimnazjum Paulinów w Krakowie, które ukończył po czterech latach. W sierpniu 1938 roku przyjęty został do nowicjatu zakonu, w którym rok później złożył pierwsze śluby. Studia filozoficzne i teologiczne odbył w Krakowie oraz w tajnym Instytucie Filozoficzno-Teologicznym na Jasnej Górze. Po ich ukończeniu, 29 czerwca 1947 roku, otrzymał święcenia kapłańskie. Przez rok kontynuował studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, wieńcząc je stopniem magistra teologii. Od 6 sierpnia 1948 do 14 października 1954 roku pełnił obowiązki mistrza nowicjatu w Leśniowie koło Żarek, później przeora w Krakowie (1957-1963), 16 października 1963 roku mianowany został przeorem i proboszczem w Brdowie na Kujawach. Stanowiska tego nie objął, ponieważ sprzeciwił się tej nominacji Urząd ds. Wyznań w Poznaniu, który podejrzewał ojca Kotnisa o wrogą postawę wobec PRL. Przeniesiony do Warszawy, podjął uzupełniające studia z zakresu duchowości i obowiązki zastępcy przeora domu w latach 1964-1967, a także później w latach 1970-1978 i 1990-1993. Pracował kolejno na Jasnej Górze w charakterze spowiednika (1979-1983), nadto w Leśnej na Podlasiu (1983-1986), w Krakowie w charakterze ojca duchownego kleryków z jednoczesnym obowiązkiem referenta duszpasterstwa rodzin oraz członka rady duszpasterskiej zakonu (1986-1989). U kresu życia, 2 lutego 1989 roku, otrzymał polecenie przeniesienia się do konwentu warszawskiego, gdzie też zmarł.


   W celi ze szczurami

   Pod wpływem osobistych przeżyć i obserwacji wrogiej polityki państwa na rzecz degradacji rodziny i niepokojącej propagandy antypopulacyjnej, ojciec Krzysztof Kotnis zaangażował się w akcję niesienia pomocy dzieciom poczętym, którym groziła aborcja. Przeciwstawiał się w dostępny sobie sposób zbrodniczej ustawie sejmowej z 26 kwietnia 1956 roku, zezwalającej kobietom na przerywanie ciąży. Za kazanie w obronie nienarodzonych dzieci, wygłoszone 23 czerwca 1966 roku w kościele św. Stanisława Kostki w Warszawie, został wezwany na dzień 4 lipca do stołecznej komendy milicji obywatelskiej w Pałacu Mostowskich w Warszawie, skąd wyszedł dopiero pół roku później po wyroku skazującym, a potem uniewinnieniu.
   W czasie śledztwa, które prowadziła wiceprokurator Maria Pancera, ojciec Kotnis doświadczył szczególnych udręk, m.in. umieszczono go w zawilgoconej celi, w której nocą biegały szczury. Podczas przesłuchania nie wyparł się zestawienia procederu aborcji z niemieckim ludobójstwem podczas II wojny światowej. Potwierdził fakt, że gdy głosił wspomniane kazanie, do Polski sprowadzano 60 tys. Żydów ze Związku Sowieckiego w miejsce dzieci, które nie narodziły się w wyniku obowiązywania ustawy. Alarmował o przyczynach zamykania szkół, co jego zdaniem spowodowała niesławna ustawa aborcyjna. Treść wystąpienia ojca Kotnisa potwierdziło czterech świadków "pozostających na służbie", mianowicie Stanisław Kozak z Siedlec, Józef Bojanowski z Gdańska, Władysław Pysz z Durwańca i dziennikarka Urszula Bartczak-Mareszka z Ozorkowa. Zeznali oni, że przypadkowo słuchając jego "przemówienia" zauważyli, że prowokował on wiernych do bohaterskiej obrony chrześcijańskich wartości, m.in., by w miejsce kwiatów pod pustymi ramami obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej Polacy stanęli murem w obronie Jej czci, by sprzeciwiali się swoją postawą demoralizującej fali aborcji poczętych dzieci, a lekarze, aby nie uśmiercali, lecz bronili każdego poczętego dziecka (IPN Warszawa, BU 570/0/13). Pozostali świadkowie, m.in. proboszcz parafii św. Stanisława Kostki ks. Stefan Ugniewski i inni (poza ówczesnym przełożonym zakonu), próbowali tłumaczyć ojca Kotnisa emocjonalnym uniesieniem i głębokim niepokojem, który leżał mu na sercu przy wielu innych wystąpieniach.
   Ojciec Krzysztof świadomy wywołanej burzy, nie zapierał się swoich poglądów, nie skorzystał z prawa ostatniego słowa obrony poza tym, że liczył na sprawiedliwy wyrok i co najwyżej na surową karę w zawieszeniu. Podzielał tę opinię jego obrońca, adwokat Ludwik Szczerbiński, podkreślając ascetyczne życie oskarżonego, jego kulturę osobistą i fakt, że lojalnie przyznawał się do wypowiedzianych słów, co do których był przekonany w sumieniu. Nie zgadzali się z nimi służalczo nastawieni: prokurator Z. Zwolska i sędzia P. Maćkowski oraz dwoje ławników, którzy 9 września 1966 roku, przy drzwiach zamkniętych dla zebranych na ulicy sympatyków ojca Kotnisa, skazali go na karę dwóch lat więzienia oraz pozbawienie praw publicznych, obywatelskich i honorowych na okres trzech lat. W uzasadnieniu wyroku potwierdzono zarzut podburzania wiernych przez fałszywe oceny ustawy aborcyjnej, co uznano za niebezpieczną politykę w okresie odbudowy państwa i naruszanie jego praworządności.
   Oskarżony przyjął wyrok jako "cierpienie dla sprawiedliwości", nie skorzystał z prawa przemówienia po zakończeniu rozprawy, nie życzył też sobie apelacji, którą mimo wszystko klasztor jasnogórski wniósł do Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy. Wniosek o kasację wyroku wniósł adwokat Władysław Siła-Nowicki, który wykazał wadliwą interpretację sądu o rzekomej szkodliwości kazań o. Kotnisa. Argumentował on, że krytyka aborcji była powinnością kapłana katolickiego, wypływającą z prawa kanonicznego, które każdy duchowny powinien przedkładać wiernym, a ponadto, że "sama ustawa zezwalająca na przerywanie ciąży była zezwoleniem na dokonywanie zabiegu, nie zaś nakazem dokonywania zabiegu... i nie można było jej porównywać z ustawą o obowiązku służby wojskowej". Na dowód słuszności wygłaszanych argumentów przywołał kilka najnowszych wypowiedzi prasowych, w których wskazywano na negatywne skutki sztucznych poronień. Jeden z celniejszych artykułów, m.in.: "Skutki przerywania ciąży" ("Kurier Polski" nr 244 z 1966 r., s. 4) pozostawił na stole sędziowskim ku rozwadze.
   Po rozpatrzeniu apelacji, 13 stycznia 1967 r., wyrok apelacyjny ogłoszono trzy dni później. Utrzymywał on nadal zasadność kary, ale zmniejszono ją do 2 lat więzienia w zawieszeniu.
   Karę więzienia odbywał ojciec Kotnis w Warszawie przy ul. Rakowieckiej od 4 lipca 1966 do 17 stycznia 1967 roku. Z pozostałej zwolniono go "za dobre sprawowanie" i bezprzykładną gorliwość kapłańską, która "nazbyt mocno owocowała wśród więźniów". Powód osobistego zaangażowania był jasny. Którejś więziennej nocy ojciec Krzysztof miał makabryczny sen. Widział przecinane dziecko tępą piłą ciesielską. Odczytał to jako dany mu znak, by nie ustępować ani na krok w obronie dzieci nienarodzonych lub zabijanych przez wyrodne matki. Toteż po wyjściu z więzienia powrócił do konwentu warszawskiego witany jak bohater i zdeklarowany obrońca życia ludzkiego. Wzmocniony cierpieniem więziennym z tym większą energią apelował o rozszerzanie wynagradzających nabożeństw pierwszosobotnich, m.in. na rzecz duchowej adopcji dziecka poczętego i pomocy biednym rodzinom. W tym duchu prowadził misje i rekolekcje, chodził do licznych domów na terenie Warszawy i Krakowa, w których leżeli samotni chorzy, niosąc im pociechę duchową, a nierzadko również materialne wsparcie.


   Żarliwa troska o dobro Narodu

Ojciec Krzysztof Kotnis (1919-1997). Fot. Arch. Opublikowano w 'Naszym Dzienniku', w numerze 116 (2829) z dnia 19-20 maja 2007 r.    Kazania o. Krzysztofa Kotnisa intrygowały liberalnych słuchaczy, a jeszcze bardziej tajnych współpracowników na usługach Służby Bezpieczeństwa. Częstochowski podporucznik Władysław Raszkij i Witold Antas odnotowali między innymi, że 3 maja 1973 roku, gdy Polska świętowała trzechsetną rocznicę śmierci bohatera narodowego, o Augustyna Kordeckiego, ojciec Kotnis nie wahał się w alarmującym tonie ostrzegać Naród przed nową katastrofą demograficzną z powodu ludobójstwa wykoncypowanego teorią Malthusa (IPN Katowice, 030/11, sprawa obiektowa "Maj 73" s. 126-127). Podobny raport złożył inny tajny współpracownik o kazaniu ojca Krzysztofa wygłoszonym do pielgrzymów warszawskich w roku 1974. Agentowi nie podobała się opinia kaznodziei o biologicznym samozniszczeniu Narodu przez aborcję, która może doprowadzić do tego, że za 25 lat utracimy naszą suwerenność. (IPN Katowice 030/9, sprawa obiektowa MSW, krypt. "Sierpień 74" s. 101).
   Obserwując przez wiele lat pokorną służbę ojca Krzysztofa w wielu dziedzinach duszpasterskich, trudno było nie podziwiać jego żarliwości o dobro duchowe wiernych i o sprawy narodowe, które stały się jego swoistym szaleństwem i niepokojem. Miał poczucie swojej słabości z powodu defektu słuchu. Nie uważał się za uczonego ani za erudytę, nie bawił się polityką. Poza przeglądem codziennej prasy i dziennika telewizyjnego, nie oglądał spektakli propagandowych i nie słuchał politycznych obietnic. Czytał natomiast wiele fachowych książek z dziedziny pastoralnej i medycznej. Nic też dziwnego, że w swoich kazaniach wołał o właściwe rozdzielanie przez słuchaczy prawdy od fałszu, demagogii od trudnej rzeczywistości, której nie wahał się odkrywać, i podpowiadał sposoby unikania zagrożeń lub, jeśli uważał za właściwe - realizacji trudnych zadań. To wszystko sprawiało, że ojciec Krzysztof zyskał uznanie jako bezkompromisowy kaznodzieja i wyjątkowy spowiednik, do którego przybywali po poradę lekarze i pielęgniarki, nauczyciele i młodzi małżonkowie, a także małżeństwa pragnące adoptować dzieci. Zabiegali o jego rekolekcje liczni proboszczowie, przed jego konfesjonałem ustawiały się długie kolejki penitentów, a gdy musiał zmieniać placówki, proszono generała zakonu o kontakt z nim choćby raz w miesiącu. Ceniono go za autentyzm, bezkompromisowość i bezinteresowność, które skłaniały serca i umysły do zmiany postępowania ze złej drogi ku szlachetnym ideałom. Wykorzystywał różne okazje, by mówić o sprawach zagrożeń bytu narodowego. Analizując doniesienia prasowe i statystyki demograficzne przestrzegał przed błędnymi prognozami neomaltuzjanistów odnośnie rzekomego przeludnienia ludzkości, wskazując na starzenie się Europy, w tym również Polski. W jedynym opublikowanym referacie "W sprawie pomocy i ocalenia rodzin", surowo oskalpowanym w Urzędzie Cenzury, wykazywał nie tylko brak zrozumienia rządów państw degradacją roli rodziny i ich bezdzietności, co i pewnej bezwolności Kościoła w Polsce wobec nadciągającego problemu starzenia się całego społeczeństwa. Jako człowiek głębokiej wiary, oprócz uświadamiania słownego, szanse odmiany widział w pogłębieniu kultu maryjnego i w nabożeństwach sobotnich w myśl wskazań Matki Bożej w Fatimie, i w nawiedzeniu kopii Jasnogórskiego Obrazu w prywatnych domach. Rozważania tych tematów zawarł w dwóch pozycjach drukowanych pt. "Niepokalane Serce Maryi. Pierwsze soboty miesiąca" (1983, 1996) oraz "Świat oczekuje dziś od Kościoła pomocy dla ocalenia ludzkiej miłości i poszanowania życia" (1985).
Ojciec Krzysztof Kotnis (1919-1997). Fot. Arch. Opublikowano w 'Naszym Dzienniku', w numerze 116 (2829) z dnia 19-20 maja 2007 r.    Niełatwo obecnie wyliczyć dziedziny, w których zaangażowanie ojca Kotnisa było w jego rozumieniu wypełnianiem misji i obowiązków księdza płynących ze święceń. Nie wymawiał się od żadnych funkcji, które zlecali mu wyżsi przełożeni, nie skarżył się też, gdy mu przerywali prace u szczytu sukcesów i uznania. Przykładem może być fakt, że zaangażował się całym sercem w piesze przewodnictwo pielgrzymkowe z Warszawy na Jasną Górę. Przewodniczył grupie II aż 29 razy, drążąc niezmordowanie tematy rodzinne i obronę poczętego dziecka. Każdą pielgrzymkę traktował jako swoistą misję, unikał pokarmów mięsnych i napojów, odmawiał wygód na postojach nocnych, zawsze w białym habicie i kapeluszu na głowie, z mocno zniszczoną już torbą na ramieniu, w której był jedynie zeszyt z przemówieniami, śpiewnik i chusteczki higieniczne.
   Skrajnym abnegatem był również w życiu codziennym. Zawsze obecny i punktualny w kaplicy i jadalni, umiarkowany w jedzeniu i mówieniu, radosny wśród różnych doświadczeń, usłużny nad podziw starszym i młokosom. Takim go pamiętamy i tak go wspominają ci, którzy choćby raz w życiu spotkali się z nim. Pogodzony z wolą Bożą, umierał w szpitalu warszawskim na Solcu wśród dotkliwych cierpień z powodu złośliwego nowotworu jelit, ale mimo to odrzucał leki, które mogłyby uśmierzyć ból. Prosił, by mógł umrzeć w swoim ubożuchnym pokoju w konwencie, ale nauczony posłuszeństwa jak szeregowiec wobec młokosa kaprala w habicie, odchodził po wieczną nagrodę w otoczeniu kilku współpacjentów, których budował modlitwą i pokorą. Zmarł w wymodloną przez siebie sobotę maryjną, 29 kwietnia 1997 roku. Równo tydzień później, w pierwszą sobotę, 5 maja po nabożeństwie w kościele Ducha Świętego w Warszawie, któremu przewodniczył bp Władysław Miziołek, pochowany został na cmentarzu parafialnym św. Katarzyny na Służewie.
   Warszawa oraz wiele miast i wsi Polski, w których ojciec Krzysztof pracował, straciło swego cichego przewodnika duchowego, o czym nie poinformowały żadne nekrologi. Nie napisano jeszcze jego biografii (poza krótką w "Słowniku teologów"). Kościół w Polsce też stracił wyjątkowego szermierza spraw, za które cierpiał, a które dopiero po jego śmierci stały się przedmiotem niepokojów polskiej hierarchii, obecnego rządu i wielu prorodzinnych polityków.

o. prof. Janusz Zbudniewek ZP     

 

 

Artykuł zamieszczony w " Naszym Dzienniku", w numerze 116 (2829) z dnia 19-20 maja 2007 r.

 

 


Powrót do Strony Głównej