Artykuły na temat Świętej Gianny

 

.

 

KS. PIOTR GĄSIOR

 

Zadziwienie

 

    ŻYĆ OBOK ŚWIĘTEJ

    Nie zdawałem sobie sprawy, że żyłem obok świętej – tłumaczył się zaskoczony inż. Piotr Molla, gdy osiem lat po śmierci Joanny przybył do ich parafii w Ponte Nuovo di Magenta bp Carlo Colombo, aby sprawować sakrament bierzmowania i przy tej okazji przedstawił mu pragnienie Kościoła, żeby rozpocząć proces beatyfikacyjny jego żony. Owszem, inż. Piotr Molla pamiętał, że już rok po śmierci małżonki ich przyjaciel o. Olinto, który towarzyszył Joannie w ostatnich dniach agonii, napisał i wydał drukiem książkę, w której mówił z wielkim przekonaniem o jej świętości, ale nie przypuszczał, że pogląd ten będzie podzielać również wyższa władza kościelna włącznie z Kongregacją ds. Świętych.
    Nie zauważałem w Joannie znaków nadzwyczajności – mówi Piotr. Czy to znaczy, że Joanna nie wywarła na swoim mężu większego wrażenia? Wręcz przeciwnie, zaskakiwała go wielokrotnie. Z reguły w sposób całkiem przez nią niezamierzony. Ona po prostu była sobą. A inni byli zadziwieni...

    MARZYŁA O SYNU KAPŁANIE

    Wielkie było np. zadziwienie Piotra, kiedy 24 września 1955 r., w dniu ich ślubu, w chwili, gdy Joanna prowadzona pod rękę przez jej brata Ferdynanda przekroczyła próg kościoła, zerwała się burza oklasków. Wszyscy wstali i na jej widok zaczęli entuzjastycznie bić brawo. Panna młoda wyglądała rzeczywiście cudownie. We włosy miała wpięty welon z tiulu. Była w białej sukni ślubnej, uszytej ze szlachetnego materiału. Tkaninę – błyszczącą satynę – wybrała sobie sama. Albowiem już wtedy marzyła, aby pewnego dnia wykorzystać tenże materiał i uszyć z niego ornat jako prezent dla dziecka. Oczywiście, o ile tylko będą mieli syna, a ten otrzyma od Boga powołanie kapłańskie. Piotr dowiedział się o tym dopiero później, gdy po śmierci żony – w roku 1962 – odkrył, że Joanna prowadziła coś w rodzaju duchowego dziennika.

    LAKIEROWAŁA PAZNOKCIE

    Mąż Joanny, który ma obecnie 92 lata, ze wzruszeniem ogląda zdjęcia, jakie pozostały rodzinie. Bardzo lubił ją fotografować. Jakże wiele zdjęć mają z podróży poślubnej, a potem razem z dziećmi. Zawsze podziwiał małżonkę za gust i elegancję. Nigdy nie zapomni jej naturalnego, serdecznego uśmiechu. Przyznaje, że był pod urokiem jej kobiecego wdzięku. Joanna była dla niego prawdziwą kobietą, która nawet w czasie pobytu w szpitalu poprosiła, aby był tak uprzejmy i przywiózł jej z Paryża dwa żurnale najnowszej mody. Mówiła bowiem, iż jeśli wyjdzie, to chciałaby się nieco odprężyć. Joanna lubiła także nakładać delikatny makijaż. Kiedy wraz z Piotrem byli zaproszeni na jakieś przyjęcie, lakierowała paznokcie. Gdy ode mnie odeszła – wspomina inż. Molla – zrozumiałem starożytnych Egipcjan: zatrzymałem aż przez dwadzieścia lat perfumy, których używała. Przypominały mu one bowiem zapach, który wspólnie lubili.

Św. Joanna z mężem i dziećmi w Courmayer, 1960 r. Zdjęcie z archiwum rodziny Molla przekazała Krystyna Zając - opublikowano w Niedzieli, w numerze 29, z dnia 18 lipca 2004 r.

    OPALAŁA SIĘ W GÓRACH

    W jednym z listów narzeczeńskich Joanna pisze do Piotra, iż jest w górach i co prawda używa specjalnego kremu do opalania, ale prawdopodobnie i tak będzie zbyt przybrązowiona. Jednocześnie już w następnej korespondencji, bez żadnych zbędnych wstępów, zadziwia narzeczonego swoją bezpośredniością oraz szczerym wyznaniem, że codziennie chodzi do kościoła. Na adoracji rozważa Biblię i dzięki temu zrozumiała, że chce być dla niego tą dzielną niewiastą z Księgi Przysłów, której można we wszystkim zaufać. Przyznaje się również, że mówi o wszystkim Panu Jezusowi. Toteż opowiedziała Mu już o ich wzajemnej miłości, zamiarach, wspólnych decyzjach i jej gorącym pragnieniu, aby jak najszybciej mogli zawrzeć sakrament miłości.

    PRZESTAŁA CHODZIĆ DO KOŚCIOŁA

    Wiara Joanny była dla niej naturalnym spotkaniem z Chrystusem. Realizowała ją nade wszystko przez systematyczny sakrament pojednania u stałego spowiednika i regularną Komunię św., którą uważała za niezbędną dla normalnego bycia chrześcijaninem. Dlatego tym większym zaskoczeniem było dla Piotra, gdy z powodu zmiany godzin sprawowania Mszy św. w zwykłe dni z popołudniowych na poranne ona, jako żona i mama, zdecydowała, że niestety nie może w tej sytuacji uczęszczać codziennie do kościoła, bo nie chce pozostawiać męża samego z maleństwami. Joanna miała jasną hierarchię obowiązków. Dlatego też w żadnym wypadku nie groziła jej jakaś forma dewocji.

    UCZYŁA SIĘ PORTUGALSKIEGO

    Jeśli chodzi o ognisko domowe, to można powiedzieć, że rodzina była jej autentycznym skarbem. Pragnęła małżeństwa. Wkładała w nie całe serce. Chciała zostać matką wielu dzieci. Toteż wielkim zadziwieniem dla Piotra była informacja, że poślubił kobietę, która myślała kiedyś o powołaniu misjonarki świeckiej. O tym, że Joanna, moja żona, chciała być misjonarką – wspomina Piotr – dowiedziałem się dopiero w trakcie małżeństwa i było to dla mnie opatrznościowe. Jeśli byłbym świadom tego wcześniej, to przy moim charakterze nie byłbym w stanie przylgnąć do dziewczyny, która miałaby tego rodzaju plany. Albowiem Joanna, zostając lekarką, pragnęła wyjechać do Brazylii. W tym celu zaczęła już nawet uczyć się języka portugalskiego. A gdy się okazało, że jej plany muszą ulec zmianie, przeżywała bardzo poważną rozterkę. Kiedy przedstawiła wszystko swojemu kierownikowi duchowemu, ks. Enrico Cerianiemu, usłyszała odpowiedź: Jeśli kapitalne dziewczęta nie będą wychodziły za mąż, a będą to czynić tylko te z ptasimi móżdżkami, to pytam, jakie będziemy mieć rodziny? Odpraw nowennę, zastanów się i podejmij jasną decyzję.

    WSPANIALE TAŃCZYŁA

    Ostatecznie Opatrzność Boża postawiła na drodze Joanny Piotra. On sam nigdy nie dostrzegł, aby miała jakieś wątpliwości albo mówiła, iż jest nieszczęśliwa czy niespełniona. Wręcz odwrotnie. Naprawdę umiała cieszyć się życiem – tyleż radośnie, co zwyczajnie. Urokiem gór i pokrywającego je śniegu, podróżami i koncertami, teatrem, dniami świątecznymi. To ona nauczyła go, że można do końca wypełniać wolę Boga i uświęcić się, nie rezygnując z pełni czystych i najlepszych radości, jakie ofiarowuje nam życie i otaczające nas stworzenie. Joanna czerpała z tego stworzenia pełnymi garściami. Uprawiała alpinizm, jeździła na nartach, malowała, grała na pianinie. Dobrze radziła sobie za kierownicą samochodu. Chodziła do kina i opery. Razem z Piotrem mieli nawet wykupiony karnet na koncerty do La Scali. Najbardziej chyba lubiła taniec i rzeczywiście tańczyła fantastycznie. Piotr był dumny, gdy podczas różnych balów wszyscy patrzyli na nią z zachwytem. Praktycznie państwo Molla – mówiąc nieco w przenośni – mogli przetańczyć ze sobą całe swoje życie.

    RODZIŁA Z PRZEKONANIEM

    Ale Joanna patrzy głębiej. Znów zadziwia swoim realizmem. Owszem, chce być szczęśliwa, ale wie, że jako kobieta spełni się do końca poprzez macierzyństwo. Dlatego myśli konkretnie – jeśli taka będzie również wola Boża – o dużej rodzinie. Swoje rodzicielstwo rozumie jako współpracę z Bogiem Stwórcą. Nie zraża się nawet wówczas, gdy już widzi, że w jej przypadku każdy następny stan błogosławiony będzie się wiązał z cierpieniem, niepewnością, a nawet niebezpieczeństwem śmierci. Nigdy nie potraktowała dzieci – które przysparzały jej wiele trosk, choćby ze względu na liczne choroby – jak kuli u nogi, która utrudnia realizację własnych marzeń. Tym, którzy rozumowali inaczej, trudno było wytłumaczyć, dlaczego, mając już trójkę małych pociech, decyduje się na rodzenie jeszcze jednego dziecka. Przecież wie, że może umrzeć i wszystkie dzieci osierocić. Joanna – lekarka zadziwia swoją determinacją cały personel medyczny, mówiąc: Jeśli będziecie musieli decydować pomiędzy mną a dzieckiem, wybierzcie dziecko!

    JUŻ TAM BYŁA

    Jak się okazało, urodziła się szczęśliwie piękna dziewczynka, której nadano imię Joanna Emmanuela, czyli „Bóg z nami”. Niestety, sama Joanna żyła jeszcze zaledwie kilka dni. Miała ogromne bóle fizyczne. Nie mniejszy był zapewne też ból psychiczny. Choć bardzo cierpiała, umierała godnie. I jeszcze raz zadziwiła męża, któremu powiedziała coś, czego ani on, ani nikt z nas raczej jeszcze nie doświadczył. Piotr wspomina to tak: Ciągle jeszcze widzę Joannę, kiedy rankiem w Niedzielę Zmartwychwstania w 1962 r. [leży] na oddziale położniczym w szpitalu w Monza i z trudnością bierze w ramiona podane dziecko. Potem je całuje. Patrzy na nie ze smutkiem i cierpieniem. I to jest dla mnie znak, że ma świadomość, iż będzie musiała je osierocić. Od tego dnia bóle już nie ustawały. Wzywała swą matkę, aby była blisko i żeby jej pomogła, bo już nie podoła; tak bardzo była cierpiąca. Wydawało się, że jest to jakby powolna, dramatyczna ofiara, która towarzyszyła również Chrystusowi wiszącemu na krzyżu. Bóle nasiliły się jeszcze bardziej w poniedziałek. Starałem się nieustannie przebywać blisko niej. W nocy z wtorku na środę w oktawie Zmartwychwstania przeżyła bardzo ciężką zapaść. W środę rano poprosiła, abym się zbliżył i wówczas powiedziała mi: „Piotrze, ja już tam byłam i czy ty wiesz, co widziałam? Pewnego dnia opowiem ci o tym. Ale ponieważ byliśmy zbyt szczęśliwi, żyliśmy zbyt dobrze z naszymi cudownymi dziećmi, pełni zdrowia i łaski, ze wszystkimi błogosławieństwami Nieba, zostałam odesłana tu ponownie, aby jeszcze pocierpieć, ponieważ nie jest słuszne stanąć przed Panem Jezusem bez wielu cierpień”.

Ks. Piotr Gąsior     

 

Artykuł zamieszczony w Tygodniku Katolickim "Niedziela", w numerze 14 z dnia 3 kwietnia 2005 r.   

 

 


  • Inne artykuły

    Powrót do Strony Głównej